poniedziałek, 28 stycznia 2013

Kasza bulgur z warzywami i kardamonem.

 "The whole universe depends on everything fitting together just right. If one piece busts, even the smallest piece. the whole universe will get busted."

 "Cały świat polega na tym, że wszystko do siebie pasuje. Jeśli jedna część się zepsuje, nawet najmniejsza, cały świat się zawali." -  Hushpuppy. 

 Są takie filmy, których obejrzenie raz nie wystarcza. I pomimo tego, że siedziało się w kinie dwie godziny, nie chce się wychodzić. Ba! Można siedzieć i czekać aż puszczą jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze.  I ja tak miałam ostatnio. 

 "Bestie z południowych krain" w reżyserii Benha Zeitlina to obraz koło którego nie można przejść obojętnie. Jedni najchętniej nosiliby na rękach reżysera i odtwórczynię głównej roli, inni kwitują krótko - przerysowany.
Gdzieś, prawdopodobnie w jakimś zakątku Luizjany, wśród mokradeł, na skraju wody i lądu, prawie na końcu świata jest wioska niepodobna do innych. Bathtub. Wanna. Żyje tam, wśród wielkiej wody, ciągłego nieporządku grupka odmieńców, dziwaków, buntowników. Żyją w biedzie, pod wpływem alkoholu, ale za to z własnymi zasadami, ustalając swoje normy wartości takich jak rodzina, szczęście, bezpieczeństwo. Odgrodzeni wielkim murem od wielkomiejskiego społeczeństwa, konsumpcjonizmu i cywilizacyjnych udogodnień. Budują domy z resztek innych domów, łowią kraby, mają więcej świąt niż gdziekolwiek indziej na świecie. Żyje tam Hushpuppy, ośmioletnia co najwyżej dziewczynka wraz ze swoim ojcem. Świat który oglądamy oczami Hushpuppy to miejsce magiczne, gdzie wszystko do siebie pasuje ale też i niebezpieczne, pełne dzikich bestii, które dokładnie wiedzą kiedy człowiek się boi. Hushpuppy i ojciec  to jedna drużyna, zostali sami więc muszą opiekować się sobą nawzajem.  Wink (ojciec dziewczynki) wychowuje ją w bardzo specyficzny sposób. Mała musi umieć łowić ryby jedną ręką, radzić sobie z krabami bez sztućców i nigdy, przenigdy nie wolno jej płakać. Czemu ma to służyć? Przygotowaniu Hushpuppy na to co nieuniknione, wioska zagrożona jest powodzią a ojciec choruje. Jak dziwne, to się nie wydaje, wszystko jest robione z troski i z miłości do dziewczynki, która ma być dzielna, nieulękniona, nie dać się podporządkować.  I kiedy nieuniknione nadchodzi, Wanna zostaje zalana, ludność wciąż nie poddaje się systemowi, i mimo zalanych domów nie opuszcza wioski. Tu nasza bohaterka ucieka w świat wyobraźni. Trudno jest dochodzić tu co jest fikcją, imaginacją dziewczynki a co rzeczywistością. Do życia budzą się również bestie, przemierzają lądy, nie pozwalają nikomu stanąć na ich drodze. Kierują się do Bathtub. Świetnie pokazana jest relacja między córką a ojcem. Są miedzy nimi chwile złości, kiedy Hushpuppy krzyczy, że chciałaby aby umarł wtedy przyjdzie na jego pogrzeb i zje cały tort sama, ale nawet wtedy ani przez sekundę nie wątpimy w ich miłość. Bieda, patologia wchodzą w życie bohaterów już od pierwszych minut, ale nie zasłaniają nam tego co najważniejsze, wolności i zadowolenia z życia. Wink doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest łatwo być, dzielną, małą dziewczynką a przy tym jeszcze zachować w sobie coś z dziecka. Dlatego wszystkie troski, rekompensuje jej niesamowitymi opowieściami o jej matce która odeszła, ale była tak wspaniała, że kiedy wchodziła do kuchni wszystkie garnki od razu wrzały. Z minuty na minutę obserwujemy coraz silniejszą, mądrzejszą Hushpuppy. Staje się ona potężną siłą natury potrafiącą stawić czoła nawet ogromnym bestią. 
"Bestie z południowych krain" to nie po prostu tytuł. To wspaniała podróż przez wolność, odwagę i magię. To świat pełen poezji, świat który większość z nas publicznie by wyśmiała, wyszydziła, a ukradkiem do niego tęskniła i o nim marzyła.

Proszę, obejrzyjcie. Warto. Trzeba. 

A teraz już feeding time! (kto oglądał, ten wie!)


Kasza bulgur z warzywami i kardamonem






 Potrzebne będą:
- pół szklanki kaszy bulgur
- kostka rosołowa
- marchewka duża
- czerwona papryka
- pół puszki kukurydzy
- 1/4 łyżeczki kardamonu
- duuuużo ostrej papryki mielonej
- pieprz
- sól
- listki sałaty
- odrobina oliwy
- pietruszka pół pęczka

Z kostki robimy bulion (na kostce jest napisane w jakiej ilości wody należy ją rozrobić), który przyprawiamy kardamonem i mieloną ostrą papryką według upodobań oczywiście, ja dałam sporo ponieważ lubimy ostre! Przez 30-40 minut namaczamy w nim kaszę, co jakiś czas mieszając. Bulionu powinno być ponad kaszę na ok 3 cm. Jeśli ktoś woli szybszy sposób, to można ją w tym bulionie na małym ogniu gotować przez 10-15 minut. Na patelni, na oliwie podsmażamy pokrojone w małe kawałki warzywa. Solimy i pieprzymy do smaku. Kiedy uznamy, że warzywa są już odpowiednio miękkie mieszamy z napęczniałą kaszą i pokrojoną pietruszką. Łyżeczką nakładamy na listki sałaty, zawijamy albo spinamy wykałaczką.  Można podać jako zakąskę w sałacie, lub też samą na talerzu jako vege obiad!  

Mamy też drugą, nieco łagodniejszą wersję kaszy. Kiedy już wymieszacie ją z warzywami na patelni, to dodajcie 2-3 łyżki jogurtu naturalnego. Nie będzie takie ostre, ale równie pyszne!

Smacznego, Alicja ;)

i trzymajcie kciuki za Bestie, startują w Oscarach! 







środa, 23 stycznia 2013

Cannelloni ze szpinakiem i sosem beszamelowym.

 Za niespełna miesiąc a dokładnie 24 lutego, moje ulubione święto! Pełne kolorowych sukien, świecidełek, przystojnych mężczyzn i pięknych kobiet! A co najważniejsze, wypełnione po brzegi... filmami. 
 Gala wręczenia Oscarów 2013 już tuż, tuż. Nóżkami przebieram, filmy pochłaniam i oczywiście kciuki ściskam. Naprawę nie potrafię wyjaśnić, dlaczego jest to coś tak niesamowitego dla mnie. Czekam cały rok z niecierpliwością. Później kupuję popcorn, nachosy, pepsi lub inne smakołyki i siedzę przed telewizorem do rana. Kiedyś nawet, wynajęłam pokój w domu koleżanki by móc zobaczyć jak Incepcja zgarnia cztery Oscary, a całe zamieszanie przez to, ponieważ nie miałam sprawnego Canal Plusa. 
 Czerwony dywan, suknie przygotowywane przez najlepszych projektantów na miesiące przed galą, smokingi dżentelmenów i te emocje... Moment na chwilę przed otwarciem koperty, kiedy wszyscy łącznie ze mną, siedzą z zapartym tchem i czekają na wynik jest strasznie ekscytujący. I ta radość! Wspaniała, czysta, ogromna, promieniująca radość. Pamiętacie jak Adrien Brody złożył na ustach Halle Berry hollywoodzki pocałunek? Dostał wtedy nagrodę za "Pianistę" To była radość niekontrolowana, jego pierwsza nominacja i pierwszy Oscar. To jeszcze nic! Wzruszenie w moim organizmie wzrasta do rozmiarów niemożliwych wręcz, gdy oglądam jak w 1999 roku, Sophia Loren wykrzykuje: Roberto! A w sekundę potem Roberto Benigni wskakuje na krzesełka i cieszy się przeogromnie. Jak bardzo dziwne to jest, nie potrafię powiedzieć. I choć "Życie jest piękne" to tytuł przez który nie mogę przebrnąć już od kliku lat, wszystko dlatego, że w połowie zaczynam płakać tak, że przez łzy już nic nie jestem w stanie zobaczyć. Sądzę, że przyjdzie kiedyś ten odpowiedni dzień, w którym moje nerwy i łzy będą na wodzy. Na pewno. Gorąco również przeżywałam galę w której nominowany był Avatar, film o którym delikatnie mówiąc nie mam najlepszego zdania, zrobiony przez Jamesa Camerona. Rywalką była ex żona Jamesa Wyczynowca, Kate Bigelow ze swoim Hurt Lockerem. Ze szczęścia, że Avatarowi przypadło drugie miejsce, latałam prawie pod sufitem! Krzyki, śmiech, brawa, aż się mama Basia obudziła. O zgrozo! A miałam już nigdy, przenigdy, nie wypowiadać tej nazwy. W tym roku będzie podobnie, emocje, pyszności, kciuki czerwone od zaciskania, a na sam koniec okrzyk radości. Bo w tym roku (uwaga! zaklinam rzeczywistość) wygrają Bestie.... 
A teraz już pora na kolację ;)


Cannelloni ze szpinakiem i sosem beszamelowym.





                                                    
                                         Zapachniało nawet Metodzie  ;-)

Sos beszamelowy:
- 2 szklanki mleka
- 1/4 kostki masła
- 2 łyżki mąki
- 1/2 łyżeczka soli
- 1/4 łyżeczka pieprzu
- szczypta gałki muszkatołowej

Masło topimy na małym ogniu, wsypujemy mąkę i wciąż trzymając na ogniu mieszamy cały czas, aż do uzyskania jasnozłotej zasmażki. Wlewamy mleko z sokiem z cytryny, i dodajemy wszystkie przyprawy. Mieszając cały czas doprowadzamy sos do zgęstnienia. Należy pamiętać, że sos beszamelowy ma to do siebie, że gęstnieje jeszcze po zdjęciu z ognia. Trzeba więc go cały czas mieszać w trakcie zagęszczania aby się nie przypalił. 

Cannelloni:
- makaron cannelloni (ja kupiłam Baronia Pennoni Giganti Artigianali - trzeba go najpierw podgotować bo jest niezłym grubasem, ok 10 minut, inne cannelloni niekoniecznie, zależy od przepisu na opakowaniu)
- 500 g szpinaku
- 1 jajko
- czosnek - tyle ile lubicie
- dwie łyżki śmietany
- pieprz, sól
- trochę startego żółtego sera

Podgotowujemy makaron, jeśli tego wymaga. Szpinak dusimy na masełku ok 10 minut, dodajemy posiekany drobno czosnek, przyprawy, śmietanę. Kiedy już ładnie odparuje cała woda, wbijamy jajko, które pomoże nam uzyskać bardziej zbitą konsystencję szpinaku. W trakcie duszenia szpinaku, przyrządzamy sos beszamelowy. Rozsmarowujemy go na spodzie naczynia żaroodpornego, nadziewamy makaron farszem szpinakowym i układamy na sosie. Smarujemy sosem, i układamy kolejną warstwę potem znów smarujemy sosem, posypujemy serem i zapiekamy w piekarniku. Długość trzymania dania w piekarniku, zależy od makaronu który macie. Przy wcześniejszym podgotowaniu, wystarczy tylko chwila do rozpuszczenia się sera, przy surowym znacznie dłużej, ok 30 minut.

Smacznego, 
Alicja

ps. musicie to zobaczyć!



środa, 5 grudnia 2012

Tosty francuskie z borówkami

   Uwielbiam odkrywać nowe rzeczy! I nie mówię tu tylko o jedzeniu. Odnajdywanie nowych smaków, piosenek, książek, zdań, miejsc jest zaskakujące, miło głaszcze naszą duszę. Sprawia, że czujemy się niczym mali odkrywcy, a nawet i bohaterowie. A gdy możemy się naszym znaleziskiem podzielić z ukochaną osobą, wtedy cieszy jeszcze bardziej! Też tak macie? Czy wolicie jak Gollum, schować swój sssssskarb głęboko w kieszeni i upijać się nim w samotności? Ja zdecydowanie wolę, ogłaszać całemu światu co koniecznie musi posłuchać, obejrzeć, dotknąć, zjeść. Chyba, że jest to maleńki słoik, pachnącego, słodkiego dżemu z bardzo dziwnym posmakiem. Wtedy jestem Smeagolem w stu procentach ;-) Tylko się tak nie garbię ;-) sssssssłoiczek, sssssskarb, sssssssmakowity...
  Dżemik dżemikiem, ale taki właśnie skarb znalazłam dziś w swojej lodówce. Miałam już wcześniej na niego oko, ale wydawało mi się, że jest kolejnymi truskawkowymi konfiturami. Słoiczek jest mały, zgrabny koloru bordowego. Otworzyłam. Są pesteczki, galaretowata konsystencja, na bank truskawkowy. Odrobina na łyżkę, z łyżki na język i.... zdziwienie! Co za smak! Kochani, ja nie mam pojęcia co się tam kryje! Wsadzam łyżkę, smakuję, smakuję... nic. Jeden palec do słoika, drugi, zostawiam na ustach, zlizuję... nic! Wącham - truskawki. Próbuję - nic. Podsunęłam Tomkowi pod nos, spróbował, zdiagnozował - skittlesy! Coś podobnego! Próbuję raz jeszcze, matko z córką! Toż to skittlesy i truskawki zaczarowane w dżemową galaretkę! Tak naprawdę nie jestem przekonana, czy nasze kubki smakowe nie zrobiły nam psikusa. Może ktoś z Was ma ochotę, zmierzyć się z tą zagadką? Nie wiem jeszcze jakby to miało wyglądać, ale jak tylko coś wymyślę to napiszę. A teraz idźmy dalej w odkrywaniu. Kilka dni temu, znalazłam fantastyczne radio! Włączyłam iTunsa, żeby posłuchać "Talking Heads" i wyskoczyła mi jakaś aktualizacja. Ja z update'ami, informatyką, komputerami jestem na bakier, więc szybko kliknęłam 'zainstaluj' i już. Wyskoczyło mi okno z kilkunastoma radiami, przeróżne; country, electric, hip-hop itd. Kliknęłam pod jakże cudowną literę 'A' i włączyło mi się radio: American songbook SKY. Moje uszy są przeszczęśliwe. Moje ramiona kołyszą się, a w brzuchu czuję tysiące barw. Dużo zieleni i błękitów. Klasyczne głosy od Mela Torma przez Dianę Krall po Nata Kinga Cole'a. Wspaniałe! Słucham, słucham, słucham, co chwilę próbując skittlesowego dżemu.
   I nareszcie, odkrycie nr 3 - tosty francuskie. Puszyste, słodkie, delikatne, z odrobiną jesieni - borówkami. Przepis tak prosty, tak smaczny, a do znalezienia go wystarczyło jak się okazuje, przypadkiem włączyć telewizor. Chałka smażona na masełku, zawładnęła naszymi podniebieniami i sercami. Rozpieszczanie, rozmiękanie, puszystość - to słowa na dziś.


Tosty francuskie z borówkami i miodem






Potrzebne będą:
- 1 chałka (nawet lepiej gdy będzie kilkudniowa, wtedy bardzo dobrze będzie nam wchłaniać mleko)
- 400 ml mleka
- 2 jaja
- 2 łyżki masła
- łyżeczka cukru waniliowego
- 50 g drobnego cukru
- 2-3 łyżeczki midu
- owoce: borówki/maliny/lub co lubicie ;-)

Mleko, jaja i cukry wymieszajcie w miseczce. Kromki chałki maczajcie w mieszance, aż napęcznieją. Smażcie na masełku dopóki nie zrobią się brązowe. Gorące tosty podawajcie posypane owocami, i polane miodem.
Do tego zimne mleko albo świeży sok z pomarańczy.
Mmmmm... smacznego...
Alicja.


Żeby się przyjemnie smażyło...



ps. a z dżemikiem może konkurs?

środa, 7 listopada 2012

Łosoś skąpany w słodkiej śmietance na piórach.

   Za oknem deszcz, chłód i zawierucha. Dlatego postanowiłam, że tutaj dziś będzie ciepło. Aleeee cieeeeeepło! Jakby powiedziała nasza kochana Monika! Tak...ciepło, cieplusio, cieplutko, najcieplej. A jak taka temperatura to i... wakacje. Wspomnienia, zdjęcia, pamiątki i przygoda. Wakacje 2011 były największą przygodą , jaką w swoim dwudziestosześcioletnim, cudownym życiu przeżyłam.
   "Pari, Pari!" - powtarzałam podekscytowana w kółko, kiedy prawie o północy znaleźliśmy się w samym sercu Paryża. Och, co za emocje! Kilka godzin podróży, na tylnim siedzeniu jeeepa. Między ukochanym Tomusiem, który dzielnie słuchał o polityce Belgii, a dziesięcioletnią dziewczynką, pokazującą mi swojego ulubionego misia, i włączającą "Marsjanie atakują" z angielskimi napisami, abym też mogła obejrzeć. Przemiłe dziecko! Ze stacji benzynowej już za Brugią, zabrała nas rodzinka belgów. Bardzo sympatyczni, otwarci ludzie. Sam Paryż... straszny! Ja się pytam, gdzie ta Coco, Dior, i  muzyka ze wszystkich komedii romantycznych! Zamiast tego usłyszeliśmy strzał, i opowieść o tym, jak to w parku tym, o tu, niedalekim, przechadzają się nocą transwestyci, prostytutki i inne dziwne rzeczy. Znaleźliśmy wspaniały hostel; wąsko, gorąco, szpitalne łóżka, pokój 4-osobowy, i w pokoju na posłaniu obok... zakochana para chińczyków. Nieźle! "Hi - Hi" I tak sobie wyznawaliśmy miłość w tym paryskim hoteliku, my po polsku, sąsiedzi po chińsku.
    Im wyżej słonce wzbijało się w niebo, tym było lepiej. Czarna sukienka, z przypiętą czerwoną różą, płaskie sandałki, dłuuuuuuuuga bagietka, przewodniki, i mieliśmy już prawdziwy "Pari Pari!" Kolorowymi uliczkami, między stolikami, turystami, spacerowaliśmy i wchłanialiśmy obcą kulturę, wszystkimi zmysłami. Pierwsze 'must be' - Luwr i niebotyczna kolejka. Znana wszystkim szklana piramida, miliony fleszy, jeden globtroter 'chwyta w palce' budowlę, drugi robi zdjęcie. W środku, głowa boli od przepychu, jasności i ciągłego ględzenia turystów. Mona Lisy nie zobaczysz, bo japończyki napierniczają, napierają, naskakują, podskakują z aparatami. Co za japończyki. Wieża Eiffla, nareszcie miejsce gdzie można odpocząć. Postanowiliśmy być bardzo romantyczni, jak tysiące znajdujących się tam osób, kupiliśmy wino, i siedzieliśmy na trawce pod jednym z siedmiu cudów świata.
    Nadeszła pora obiadowa, cóż piękniejszego w stolicy Francji! Jedzenie, wino, desery. Wodzeni za nos różnego rodzaju zapachami, zaglądając delikatnie francuzom w talerze, chodziliśmy z knajpki do knajpki, sprawdzając ceny (mieliśmy przed sobą jeszcze daleką podróż do Barcelony), długo szukając odpowiedniego miejsca. Kiedy wszystkie te potrawy na raz, i każdą z osobna widziałam już i czułam w brzuszku, te kuszące warzywa, zapiekanki, wino w kieliszkach, wtedy stało się coś niesłychanego. Tomuś powiedział: "Chcę chińszczyznę" Więc co? Miłość. A, że z miłości robi się różne głupoty, poszliśmy na chińczyka. To była jedna z dwóch, najgorszych potraw jakie w życiu jadłam. Na szczęście śmiechu było co niemiara, a już w kilka minut później lizałam przepyszne lody na poprawę humoru. Olbrzymia, waniliowa porcja, złożona z dwóch kul, w kruchym, cukrowym wafelku, jedzona nad Sekwaną, zatarła na zawsze ślad po makaronie z warzywami. Pamiętajcie, jeśli kiedyś, będąc w Paryżu, zdarzy wam się popełnić jakąś gafę, wtedy śmiało przypomnijcie sobie co zjadła na obiad Alka w krainie pyszności ;-)

   Nie bójcie się, nie będzie dziś chińszczyzny. Swoją obecnością, zaszczycił nas dziś król nad królami, jaśnie różowy Pan Łosoś. I oczywiście przepis nie pochodzi, z domu zgrabnej, giętkiej francuzki. Nie pochodzi nawet z miejsca występowania łososia, czyli z północnej części Atlantyku. Był znacznie bliżej, w Ławach.
Wspaniały kolor, zapach po upieczeniu. Gotowany, smażony, pieczony, grillowany - zawsze jest panem i władcą stołu. Jest drogi, dlatego nie zawsze mogę sobie na niego pozwolić, ale wtedy smak jest jeszcze bardziej intensywny. Zamknijcie oczy, i zobaczcie jak fantastycznie spływa po nim sok z cytryny.
Koniec! Gotujemy bo ślinka cieknie!

 Łosoś skąpany w słodkiej śmietance na piórach







Na romantyczny obiad we dwoje, lub miły wieczór z Przyjaciółką
potrzebne będą:

- 250 g łososia (może być wędzony)
- 250 g makaronu pióra
- 0,5 l śmietanki 30%
- jedna średnia cebulka
- sól i pieprz
-  świeża pietruszka
- cytryna
- łyżka oliwy

Makaronowe pióra ugotujcie w osolonej wodzie, tak by były al dente.
Cebulkę posiekajcie, i podsmażcie na oliwie, na patelni. Pozwólcie jej się tylko zeszklić, pamiętajcie, że nie może zbrązowieć. Do przygotowanej tak cebuli, dorzućcie pokrojonego w większe kawałki łososia. Ryba i tak się rozleci na mniejsze kawałeczki. Sól i pieprz dodajcie według uznania. Gdy nasz różowy król delikatnie się podsmaży, wlejcie śmietankę i trzymajcie na małym ogniu do zagotowania.
Polejcie makaron gotowym łososiem i sosem, posypcie pokrojoną pietruszką. Jeszcze tylko cytryna z boku talerzyka, ja wyciskam na swoją porcję, aż pół, ale to już jak kto woli ;)

Smacznego
Alicja

Obiecuję, że po następnej wizycie w mieście, gdzie Edith Piaf  'zdejmowała księżyc z nieba, gwiżdżąc na problemy i farbując włosy na blond', przyrządzę Wam ślimaki!

A mówiłam Wam, że mam skrzydła?
Dobranoc!

sobota, 3 listopada 2012

Babeczki cynamonowo - orzechowe

"Your words alone, could drive me tooooooo, a thousand teeeeears...
Then I'm reaaaaady to ruuuuun!"
   Przytrafił mi się ostatnio, syndrom zapętlonej piosenki (wszystko przez Ciebie Jakubie!). Słucham, słucham, słucham po tysiąckroć. Mało tego, że słucham, to śpiewam też. Przy komputerze, pod prysznicem, w autobusie, w kuchni, wszędzie. Najlepiej mi wychodzi fragment o tysiącach łez ;-) Odkąd pojawiła się Jessie Ware ze swoją "Ucieczką" nucę, gwiżdżę, wystukuję, wytuptuję, mruczę tę melodię. Chodząc czy siedząc, soulowo ruszam ramionami. Nie mogę się tylko zdecydować, czy wolę ruszać wolniej wraz z wśpiewywanymi słowami, czy nieco szybciej w takt uderzeń w tle. Prawe ramię do przodu, sekunda, lewe do przodu, sekunda, znów prawe, ręce unoszę na wysokość szyi, głową kołyszę na boki niczym moja cudowna Przyjaciółka na studniówce (całus Judytko!). 
   Przez to wszystko nastrój mam taki, że tylko śpiewać i grać na gitarze rosyjskie romanse (nie potrafię ), i wino pić do lustra. Chodzą za mną smaki piernikowe, korzenne. Powietrze gęstnieje, a wzrok szuka czegoś mięciutkiego, puszystego do jedzenia. I jak zamykam oczy to widzę okruszki ciasta, herbatę miodowo-imbirową, i ciepły kocyk. Zapachy goździków, orzechów, choć tylko w mojej głowie, otulają mnie z każdej  strony dokładnie.
   Moja wyobraźnia, wodziła mnie na pokuszenie kilka dni, aż w końcu postanowiłam coś upiec. W wyborze pomógł mi Donal Skehan, jego potrawy tak pięknie wyglądają! A smakują jeszcze lepiej. Jessie ustawiłam obok mikrofalówki, ucierałam lukier, podjadałam orzechy. W mojej małej, pomarańczowej kuchni, przez chwilę czułam się jak w bajkowej chatce na kurzej nóżce. Oto, co powstało:

Babeczki dyniowe, z cynamonem i orzechami





           

Na 12 babek potrzebne będą:
- 240 g. mąki
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka sody
- 200 g. cukru pudru
- 1 łyżeczka cynamonu
- 1/2 łyżeczki goździków (zmielonych)
- 1/2 łyżeczka tartego imbiru
- 80 ml. oleju
- 300 g. dyniowego puree
- 2 duże jajka

Na lukier:
- 90 g. cukru pudru
- 2 & 1/2 łyżki syropu klonowego/syropu z agawy/miodu
- 40 g. orzechów włoskich

Puree z dyni zróbcie tak samo jak przy 'Dyniowych pankejkach'. Piekarnik powinien być nagrzany do 180 stopni. Teraz wymieszajcie wszystkie suche składniki. Potem dodajcie mokre składniki, i mieszajcie drewnianą łyżką do uzyskania gładkiej masy. Podzielcie na 12 części, i nałóżcie 3/4 foremki.
Babki niech się pieką 20 minut, a międzyczasie ucieramy cukier puder z syropem klonowym.
Kiedy ostygną całkowicie, polewamy je lukrem i posypujemy kawałkami orzeszków ;-)

Brzuszki Tomusia i Patryka, były bardzo zadowolone. Pewnie Jessie i Jakubowi też by smakowały ;-)

Pyszności!
Alicja




niedziela, 28 października 2012

Dyniowe pancakes z jabłuszkami

   Za kilka dni Halloween, wszędzie już pomarańczowo od dyń, w sklepach na półkach królują kły wampirów, sztuczna krew, i wszelkiego rodzaju przebrania upiorów. Wszyscy się przebierają, robią groźne miny i udają, że gryzą znajomych. Wesoło. I choć raczej nie obchodzę tego święta, które przyplątało się do nas z Ameryki, to i w Wawrowie czuć jego nutkę. I siedząc dziś tutaj, przy białym Senorio de los santos, i ostatnich dwóch muffinach rozmarzyłam się, i poleciałam do krainy Warhammera. Miejsca gdzie występują stwory niewyobrażalne, bestie bezkształtne, potworne cuda i magia, z którą na pewno nie poradziłby sobie sami wiecie kto. I gdybym wychodziła na halloweenową potańcówkę, na pewno przebrałabym się, za jedną z tych nieziemskich postaci. W świecie Warhammera Inwazji można być dzielnym, płomiennobrodym krasnoludem, wysokim elfem, szamanem orków lub wielkim nieczystym sługą chaosu. A kiedy gramy w Inwazję, są emocje! Zbieramy żetony zasobów, wystawiamy jednostki, atakujemy stolicę przeciwnika. Jedno obrażenie, drugie, trzecie, i kiedy myślimy, że już po nim... wtedy bach ! wchodzi Grimgor, i pozamiatane ;-) Niejedną bitwę tak przegrałam. I stąd się biorą wojny domowe. Karty latają, żetony spadają, piski i wrzaski. Oj nie lubię przegrywać ;)
   Zupełnie inne emocje są przy gotowaniu. Widocznie równowaga w przyrodzie musi być. Gdy gramy, jestem wojownikiem, nie pozwalam dotykać swoich kart ani nawet dawać sobie całusów ;-)  Natomiast kiedy gotuję, lubię jak Tomasz przychodzi, wącha, szuka smaków, głaszcze mnie po plecach i przytula się, zaglądając przez ramię co tam w garnuszku się dzieje. Dziś z racji strasznego święta działo się mnóstwo. Było bardzo pomarańczowo, dyniowo i przesłodko.

Dyniowe pancakes z jabłuszkami








Potrzebne będą (porcja dla 3 osób):

Pankejki:
- 2 szklanki mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 1/2 łyżeczki sody
- 1/2 łyżeczki soli
- 1&1/4 szklanki maślanki
- 1 szklanka puree z dyni
- 2 jaja lekko ubite
- 2 łyżki roztopionego masła

Jeśli nie dostaniecie, dyniowego puree w puszce, to bardzo łatwo je przyrządzić samemu. Dynię pokrójcie na kawałki  i wybierzcie pestki. Pozostały miąższ duście na patelni kilka minut. Kiedy dynia zmięknie, zgniećcie ją widelcem, aż do uzyskania papki. Dynie trzeba mocno odparować z wody, bądź odsączyć na sitku. Odstawiamy do ostygnięcia i już!

Wszystkie składniki połączcie razem w misce, mieszając delikatnie drewnianą łyżką. Jeśli zostaną grudki, to nic nie szkodzi. Smażcie na rozgrzanej patelni, niewielkie placuszki ;-) Z patelni ściągamy kiedy zbrązowieją.

Jabłuszkowa polewa:
- 2 duże jabłka
- cynamon
- syrop z agawy
- 2 łyżki masła

Jabłka pokrójcie w kawałki, posypcie cynamonem i włóżcie na patelnię, na masełko. Gdy zmiękną obróćcie na drugą stronę i podsmażcie chwilkę. Potem już tylko wystarczy polać je syropem z agawy, i potrzymać na małym ogniu, aż się zagrzeje.
Placuszki poukładajcie jeden na drugim, polejcie sosem i jabłuszkami. Witam, oto niebo ;-)

Smacznego,
Alicja

A oto co zostało z naszej dyni...





 

piątek, 26 października 2012

Jajo i grzanka

Niniejszy wpis dedykuję, mojemu najlepszemu Szwagrowi!
   Tak bardzo chciałam przygotować dziś pyszne śniadanie, aż... spóźniłam się do pracy ;-) A mówiłam, że nie umiem wstawać wcześnie. Dziś było pół godziny za późno. Tuż po otworzeniu oczu, miałam śniadaniowe olśnienie. Jajecznica. Zaraz potem myśl numer dwa: grzanka.
   Jajka są ekstra. Fajne jest to, że można podawać je na różne sposoby, i są bardzo łatwe w przygotowaniu. Chociaż, to nie lada sztuka ugotować jajko tak, aby białko się ścięło a żółtko było płynne. Mi zdarza się rzadko, najczęściej fuksem. Zawsze wtedy, kiedy się nie uda, zjadam tylko środek. Kolejnym żółciutkim cudeńkiem jest kogel-mogel. Tak tak, zajadałam się nim wraz z siostrą. Jeden był tylko z cukrem, drugi z kakao. I wsadzałyśmy palce, aż po sam spód szklanki, żeby wydobyć każdy ciągnący się kawałek tej słodyczy. Oczywiście nie ma kogla-mogla, bez konkursu ucierania. Na miejsca... gotowi... start! Zwycięzcą zostaje, siostra Magdusia ! ;-) Odpłacałam jej, notorycznym siedzeniem we wspólnym pokoju, kiedy przychodzili do niej chłopcy ;-) Gdy już nieco podrosłam, jajka w postaci jajecznicy, genialnie sprawdzały się jako posiłek na kaca. O tak! Zrobiona na masełku, z zarumienionymi parówkowymi kuleczkami, cebulką, solą i pieprzem, idealnie wpasowywała się w poranne studenckie jedzenie, po długich opowieściach o kosmosie. Sadzone, gotowane na miękko czy na twardo, każdy ma na nie swój ulubiony sposób. Można gorące, nie ścięte dokładnie żółtko maczać we frytce. Mmmmm... Ugotowane na twardo, smarować majonezem lub ćwikłą. Podawać z cholernie słonym bekonem, mini fasolką, tostami i czuć się jak Ela w koronie. Można też dla jajek, złapać kurę na... wędkę. Jest w naszym domu taka anegdota, opowiadająca o tym, jak to Tato mój kochany, zarzucając wędkę za płot sąsiadów, złapał kurę. Ptaszysko chyba nie przeżyło, ale sztama z sąsiadami trwa do dziś. Kurki to głupie stworzenia. Wystarczy im rzucić cokolwiek z werandy, i już przebierają tymi różowymi łapkami i grzebią w ziemi. Kogut natomiast... kogut, to sobie nie pozwoli na takie traktowanie ;-) Zdarzyło mi się przedrzeźniać jednego koguta. Nie był zadowolony, że ktoś śmie budzić razem z nim całe podwórko. Patrzył na mnie zadziornie jednym okiem, i piał jak tylko mógł najgłośniej. Głuptas. I tylko babuni Stasi się boi. Znam też przypadki, panowania kokoszek nad człowiekiem. Bo można bać się kurczaków ;-) Coś o tym wie, mój dobry kolega Łukasz! ;-)
A ja kury będę miała, w swoim maleńkim domku na końcu świata. I koguta, co bym miała komu dokuczać.
I wtedy Marta powie: "Nikt nie będzie miał, takich jaj jak ty!"      
 

Jajecznica na grzance, z suszonymi pomidorkami i rukolą.





Potrzebne będą:
- 4 kromki ciemnego chleba
- 4 jaja
- suszone pomidorki (mogą być w zalewie)
- kilka listków rukoli
- sól, pieprz
- masełko
- ząbek czosnku

6 suszonych pomidorków pokrójcie na małe kawałki, wrzućcie na patelnię. Nie trzeba ich odsączać jeśli są w oliwie, wtedy dajemy tylko odrobinę masełka, żeby jajka nam się nie przypiekły. Kiedy się podsmażą chwilkę, dodajemy roztrzepane jaja, rukolę, sól i pieprz. Ścinamy według uznania, ale tak by nie ciekło nam z kanapki.
Międzyczasie w opiekaczu "wyskakująca kanapka" lub piekarniku, pieczemy kromki chleba. Jeśli jesteście wielbicielami czosnku, to dodatkowo gotowe grzanki, można natrzeć jednym ząbkiem.
Teraz tylko połóżcie jajecznicę na chrupiące kanapeczki i podajcie do stołu.

I pamiętajcie kochani, kupując jajka, wybierajcie te z oznaczeniem 0 lub 1.
0 - oznacza to, że jaja pochodzą z fermy ekologicznej. Kury swobodnie chodzą po dworze, śpią w kurniku, karmione są pożywieniem bez dodatków chemicznych.
1- jaja chowu na wolnym wybiegu, kury żyją w kurniku ale mogą z niego wychodzić.

Życzę przyjemnego śniadania!
Alicja


Ps. dzisiaj w pisaniu pomagał Goran.